Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 sierpnia 2017

"Brudny świat" Agnieszka Lingas-Łoniewska



Agnieszkę Lingas-Łoniewską znałam już wcześniej i jako autorkę - dzięki serii "Szukaj mnie wśród lawendy" i jako czytelnika - to jej recenzja sprawiła, że trafiłam na jedną z moich ulubionych książek

Ale kiedy kupiłam "Brudny świat" nie miała u mnie forów. Tym bardziej, że jestem raczej twardym czytelnikiem i dużo łatwiej mnie rozczarować niż wzruszyć. Kiedy czytam na okładce, że powieść złamie mi serce, uśmiecham się zwykle z przekąsem. Nie ze mną te numery. 

Tak zaczęłam. Jak skończyłam? Za chwilę.
Najpierw o tym, że fabuła nietypowo rozgrywa się w Stanach Zjednoczonych, w środowisku muzyków rockowych, więc już z racji tego bohaterowie nie mają problemów, z którymi łatwo się utożsamić. Jej osią jest zmiana jakiej podlega Tommy - gwiazda rocka, pod wpływem zakochanej w nim autorki tekstów - Kati, dzielnej dziewczyny, która samotnie wychowuje synka. Zmiana, jaką krytykujemy zwykle w książkach, a jakiej  z uporem maniaka oczekujemy w życiu. 

Czytałam więc początkowo myśląc, że książka jest co prawda świetnie napisana, ale taka, którą z uwagi na fabułę raczej dałabym córce - oczywiście gdybym miała córkę i gdyby ona była już pełnoletnia. 😉
W miarę czytania dałam się jednak zaczarować wykreowanej przez autorkę atmosferze. 
A kończyłam późno w nocy... płacząc. 
Nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałam przy czytaniu. Jak smarkula. 

A i jeszcze jedno, Agnieszka Lingas-Łoniewska nie ma konkurencji, jeśli chodzi o sceny miłosne. Zwykle czytając takie sceny u innych autorów jestem po prostu zażenowana i już chyba wolałabym, żeby zaraz po powitaniu kochanków, następował szczegółowy opis burzy czy innego kataklizmu.😊
A tu - zupełnie inaczej. Wiarygodnie, z wyczuciem, słowami, które pojawiają się naturalnie i nie rażą. Podobało mi się, a żeby mnie się podobało, to musi być naprawdę coś. 

No i ten płacz. Tak mnie urządzić!

niedziela, 6 sierpnia 2017

"Czereśnie zawsze muszą być dwie" Magdalena Witkiewicz


Kiedyś już pisałam, że ja naiwnie i wbrew temu wszystkiemu, co słyszę o rzemiośle pisarza, wciąż mam wiarę, że pisanie to nie jest zwykła praca. Przynajmniej nie tylko i nie dla wszystkich. I jeszcze, że z misją zapewnienia wiarygodnych postaci, wartkiej akcji i precyzyjnego rozplanowania kolejnych "katastrof", "progów", czy jak tam jeszcze nazywane są główne wydarzenia pchające akcję do przodu, gdzieś w swoim pomyśle autor został wcześniej zamknięty jednak przez Wenę, a nie tylko przez Pracę, która polega na dostarczeniu rozrywki. 

"Czereśnie zawsze muszą być dwie" Magdaleny Witkiewicz są dowodem na to, że się nie mylę. Że jeśli pisarz chce coś ważnego powiedzieć, to powieść broni się sama i główny bohater nie musi do tego być podwójnym agentem pracującym dla tajnej organizacji, ani mordercą udającym miłość dla dobra własnej sprawy. (Czasami mi się wydaje, że teraz to jedyna akceptowalna forma uczuć w powieściach).